Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jak mi się zachce Twojej zguby, calamares dam Ci luby!

środa, 16 czerwca 2010 16:46
Przeczytała Jadwiga ostatnio, że pewna australijska restauratorka postanowiła wlepiać mandaty swoim klientom. Bynajmniej nie za śmiecenie, zakłócanie konsumpcji wrzaskami czy przekleństwami. Nie. Będzie im wlepiała mandaty za nie zjedzenie wszystkiego, co było na talerzu. Nie dosyć, że Australijka wręczy mandat, to jeszcze im powie, że mają nie przychodzić do jej restauracji nigdy więcej! Zaznacza, że sałatki i inne pierdoły to nie są dekoracje, tylko żreć proszę wszystko jak leci. Żeby nie była znowu taką tyranką, łaskawie pozwoliła nie tykać plasterków cytryny, imbiru podawanego do sushi i wasabi. Już to oczyma wyobraźni, które u Jadzi działają bez zarzutu, ujrzała Jadzia samą siebie siedząca nad talerzem pełnym kopru i natki, których z całego serca nienawidzi ruchem jednostajnym po okręgu, a nad nią australijska baba w stroju rdzennej aborygenki pilnująca, żeby ani jeden kopereczek jadwiżynej uwadze nie umknął. Oczywiście dla dodania dramatyzmu, Jadzia jest uciemiężoną klientką restauracji płaczącą nad zieleniną jak Paris Hilton nad brakiem mózgu i złamanym paznokciem. (o_o)

Jak już tak Jadzia bujać w obłokach zaczęła, no to przypomniało jej się jak pewnego słonecznego dnia, w małym hiszpańskim miasteczku siedziała w restauracji w towarzystwie pewnego Hiszpana (tego do Chanel). Czekała na swoje danie trochę przymierając już głodem. W tak zwanym międzyczasie gapiła się na mocno starsze już małżeństwo siedzące przy oknie. Chudzinkami nie byli, a na ich stole ciągle pojawiało się nowe danie. Jadzia niespokojnie zaczęła przebierać nogami, bo strasznie chciało już jej się zjeść calamares a la romana, czyli kałamarnice po rzymsku, a tu nic. I tak zajęła się gapieniem na wspomnianą już parkę, która swoje calamares miała, ale pewna rzecz nie dawała Jadzi spokoju…. Chłopu wyraźnie coś dolegało, a babę wcale to nie interesowało, a nawet rzec by można, że ją to wkurzało. Zastanawiające dla Jadzi było, dlaczego oni ze sobą nie gadają, bo Jadzi to by się bardzo chciało do kogoś odezwać, a znając Hiszpanów, to im się chce gadać zawsze 100 razy bardziej niż Jadwini. Przerwała jednak swoje gapiostwo, bo oto nagle, alleluja, podano jej michę. Hiszpan odetchnął z ulgą, bo oto Jadzia wreszcie przestała grozić śmiercią głodową, nadmiernym wychudnięciem, szkorbutem i utratą szarych komórek z głodu. ]:->

Nadziała na widelec wesoło zarumienione kółeczko calamares i z lubością podniosła widelec w kierunku ust, kiedy to ów widelec zamarł jej w ręku w pół drogi. Właśnie w tym momencie chłop z naprzeciwka zaczął się dusić. I jeszcze żeby się wziął od razu porządnie udusił, zsiniał, zzieleniał i odwalił kitę, to ten nieeeee. Dusił się w sposób bardzo mało elegancki, wydając z siebie przerażające odgłosy warczenia, charczenia, rzężenia, prychania, kichania, skrzeczenia i chrypienia. Jadwiga zemdlonym wzrokiem omiotła salę, wyprostowała się z godnością, powoli odłożyła widelec na talerz i nerwowo przełknęła ślinę. Chłop nadal się dusił. Jadzia zaczęła szantażem wymuszać na Hiszpanie, żeby coś zrobił, bo chłop zaraz padnie na oczach Jadzi i ona już na pewno tych calamares nie zje, a szkorbutu nie ma zamiaru mieć, bo ona jeszcze musi sobie męża znaleźć, a na szczerbatą nikt nie poleci! Hiszpan powiedział, że ma w dupie  (nie jadziowy szkorbut, tylko chłopa), bo siedzi ze swoją żoną i niech no Jadzia spojrzy, co ona robi?? A no nic nie robi. Baba w spokojności ducha swego oddała się wpierniczaniu … tortu. Z obrzydzeniem patrzyła na męża, raz po raz podsuwając mu calamares, na które Jadzi, rzecz jasna, przeszła ochota. Przez chwilę pomyślała, że z chęcią zżarłaby jej ten torcik, bo taki ładny, śmietankowy, ale szybko przywołała się do porządku. Chłop charczał, baba z wyrazem błogostanu na twarzy oblizywała łyżeczkę i patrzyła w okno, aż przybiegł zdenerwowany kelner i rzucił się na pomoc. Babie zmienił się wyraz twarzy z błogiego, na wściekły i niecierpliwym gestem odgoniła kelnera mówiąc, że jej chłop tak ma i nie zanosi się na to, żeby się doszczętnie udusił. Czekała Jadzia aż babsko doda: niestety, doszczętnie się nie udusił. Hiszpan się zniecierpliwił, kazał Jadzi zająć się jedzeniem, a nie uskuteczniać obserwacje, bo za 5 minut zje jej calamares i zostawi Jadźkę o suchym pysku w obcym kraju. Trochę Jadzia się nie przejęła, bo równie dobrze poszłaby sobie do sklepu i kupiła ciastka, ale trochę martwiła ją wizja szkorbutu spowodowanego niedożywieniem, no i jak by nie patrzeć, wizja staropanieństwa związana z powyższą dolegliwością.

No to jadła Jadzia, jadła, a facet rzęził. Baba jadła ze złowieszczym uśmieszkiem podsuwając mu calamares i tak Jadzia wydedukowała, że ona chyba go chce tymi calamares do grobu wpędzić. No zbrodnia doskonała. Mąż calamares lubi, to trzeba mu ich dostarczać w odpowiedniej ilości. A że się zadusił, no to już nie baby wina przeca. "Ja dla mojego Joselitka chciałam jak najlepiej, cóż ja biedna teraz bez niego pocznę, ja bez niego żyć nie umiem, oh, oh, oh. Ej kelner, tego torciku to ja jeszcze nie skończyłam! "Teraz Jadzia się zastanawia, czy nie założyć hodowli kałamarów, żeby dopomagać kobietom w potrzebie. Założyłaby hodowlę na balkonie, zaraz obok hodującej się tam rzodkiewki oraz szczypiorku i doglądałaby inwentarza. Zawsze była Jadwiga zwolenniczką wykańczania mężów ciasteczkami posypanymi arszenikiem, ale czemu by nie zmienić zdania? Zdradza Cię mąż? Nie sprząta? Łazi z kumplami na piwo? Źle Cię traktuje? Jadzia sprzeda Ci kilo kałamarnic. :-D

Gdyby dwie kobiety (matka i córka) z Jadzi rodzinnego miasta wiedziały, to nie wykończyły by męża, a zarazem zięcia, siadając na nim i zaduszając go własnym ciężarem, który był niczego sobie (ciężar, nie mężo-zięć), tylko by mu nagotowały calamarków w sosie czosnkowym, czyli pozbyłyby się go tradycyjną hiszpańską metodą. I proszę jak egzotycznie, a nuż by się zadusił. O, np. taka Krytyna, Jadzi chrzestna, ostatnio ciasto robiła, wyliczyła, że akurat ma tyle herbatników ile potrzeba jej do wyłożenia na spód blachy. Ale wystarczyło jedno nieostrożne oddalenie się od miejsca pracy, a Krystyny mąż pożarł jednego herbatnika ku jej wielkiej rozpaczy. I gdyby Kystyna wiedziała, a Jadzia hodowała, to już na stole znalazłby się półmisek z parującymi kałamarnicami, a tak Krystyna dostała furii i zupełnie nad sobą nie panując wykrzyknęła: Dlaczego mi to zjadłeś!!!???

Jadwiga właśnie zjadła tradycyjne polskie kopytka z opakowania o wdzięcznej nazwie: Nach Schwäbischer Tradition, original Schwäbischer Schupfnudeln i ze złowieszczym wyrazem twarzy przemyśliwuje swój biznes plan. 

Czy jest na sali potencjalny kandydat na męża dla Jadzi….? Haaaaaaaaaaahahahahahahahahahahahahahaha – demoniczny śmiech.
P.S. A oto i calamares a la romana. 
Howk!




Podziel się:

Wymądrzalnia. (13) | Wymądrzyj się.

-Czy ta winda jedzie w górę? -A gdzie ma jechać, w bok??

wtorek, 18 maja 2010 1:14

   Pewnego dnia Jadzia wpadła na pomysł zorganizowania sobie wycieczki. Jak pomyślała, tak też zrobiła. W pierwszy upalny dzień wiosny, a zarazem ostatni dzień kwietnia ruszyła na stację. Dotarłszy na dworzec mina jej zrzedła, kiedy ujrzała rozentuzjazmowany tłum żądny wycieczki równie mocno jak i ona. W oczekiwaniu na autobus próbowała oszukać samą siebie i wmawiać sobie, że cały ten dziki tumult z walizami i suchym prowiantem (jedna baba z mokrym, bo jadła ociekający tłuszczem kebab z sosami) stoi tutaj ot tak, żeby sobie postać, bo nie mają na pewno nic do roboty w to piątkowe przedmajowoweekendowe popołudnie. Albo jadą w przeciwną stronę niż Jadzia, czyli nad morze. (o_o)

 

   Kiedy autobus wreszcie przybył, Jadzia mocno zamknęła oczy i jak mantrę zaczęła wypowiada w głowie słowa: Żeby ich nie było, żeby ich nie było. Kiedy otworzyła oczy serce jej się uradowało, bo nikogo wokół niej nie było! Czary, jakie, czy co? Nie, Jadziu, nie czary, tłum właśnie wpychał się do autobusu w kierunku Kielc. Jadwiga siarczyście zaklęła pod nosem i ruszyła z miejsca. Grzecznie stanęła w kolejce do wejścia klnąc coraz bardziej, bo autobus zapełniał się w tempie ekspresowym. 

- Normalny do Kielc. – Poprosiła zrezygnowana.
Tłuściutki kierowca w granatowej, służbowej koszuli otarł pot z czoła i smętnie odpowiedział:
- 24 zł. Tylko stojące.
- Niech będzie! – Dziarsko odparła Jadzia i zapłaciwszy udała się w głąb autobusu. 
Tak, więc za własną krwawicę zafundowała sobie Jadzieńka miejsce w piekle. Po 5 minutach przeklęła samą siebie jakieś 20 tysięcy razy nazywając się skończoną idiotką, skretyniałą debilką, pierdołą pełnowymiarową, kretinoidą do kwadratu, popierduską i zaczęła o sobie myśleć z wyjątkową odrazą. A dlaczego? A dlatego, że każda osoba używająca mózgu zanabyłaby bilet kilka dni wcześniej i jechała siedząc na dupie jak Bóg przykazał. Ewentualnie, kupiłaby sobie samochód i miała komunikację publiczną we wspomnianej wyżej dupie, ale Jadzia jest upartą kozą i samochodu się nie tyka (a prawo jazdy jej dali). :8

   Jadzia, damulka w każdym calu stanęła grzecznie w pozie wielkiej pani, bo wychodząc z domu pomalowała facjatę i popsikała się Chanel, które dostała od swojego, całe szczęście, byłego hiszpańskiego kochasia. Od razu Jadzia mówi, że nie ma się co podniecać ani exkochasiem, ani Chanel, bo ani jedno, ani drugie się Jadwidze nie podoba. Kochaś poszedł precz, a Chanel się Jadwiga psika zwykle jak chadza na aerobik, bo innych Jadzi ulubionych szkoda. Po 5 minutach cała paniusiowa otoczka poszła się bujać na bananowcu, bo autobus okazał się być nagrzewającą się puszką z popsutą klimą. Jadzi makijaż zaczął się radośnie ulatniać, a Chanel zaczął się mieszać z zapachem bułek ze swojską kiełbasą, bo nie wiedzieć czemu, podróżni uważają ów rarytas za najodpowiedniejszy na długie podróże w skwarze. 

   Załamana paniusia oparła się o fotel i sięgnęła ręką do przepastnej torby w poszukiwaniu Coca-Coli, co oczywiście okazało się być dosyć skomplikowane, bo Jadwiga zadem opierała się o fotel, a przednimi kończynami próbowała odnaleźć butelkę. Wyczyn ów prawie zakończył się podróżowaniem w szpagacie, którego nie powstydziłyby się rosyjskie gimnastyczki na olimpiadzie. Kiedy w końcu udało jej się wyciągnąc upragnioną colę, pociągnęła porządny łyk gorzko żałując, że nie dolała tam sobie wódki, albo absyntu. Wetknęła do uszu słuchawki i dobiegająca z odtwarzacza muzyka była jedyną rzeczą, która podtrzymywała ją na duchu. Upał niemiłosierny jak u hutnika w piecu, albo w gaciach u napalonego Brazylijczyka z Copacabany, a Jadzia klęła w duszy jak oszalała. Postanowiła poinformować Panią na Rabatkach, że na następnym przystanku wywali wszystkich za okno i, że całe szczęście, że ma colę, bo inaczej by szczezła , zaczęła publicznie zielenieć i śmierdzieć, a jak wiadomo w trupiej zieleni Jadzi nietwarzowo. Rabatkowa kazała wypatrywać napalonego Brazyla, ale przestrzegła, żeby Jadzi nie strzeliło do łba wyjść za niego za mąż dla seksu (wróżka, czy co?  ), bo nie warto, a jak by chciał obywatelstwo, to niech Jadzi zapłaci. ]:-|


W międzyczasie Jadwiga postanowiła urządzić horror w stylu gore i wymordować cały autobus, bo pasażerowie zaczęli działać jej na nerwy. Młoda dziewucha czytała pisemko dla kobiet i cmokając od czasu do czasu cukierkiem, który miała w paszczy zaczytywała się w tematach w stylu: Zamień wasze wyro w orgazmotron tudzież Jak rozpalić go do czerwoności. Jadzia miała chęć zwinąć gazetkę w rulonik, przylać dziewusze w łeb po pierwsze za mlaskanie (patrz „o mnie” i wydawanie paszczowych odgłosów), po drugie za czytanie bzdur, a na koniec poradzić, żeby wsadziła chłopa do pieca na 10 zdrowasiek, Jadzia wie, bo czytała w tradycyjnej literaturze i gorąco poleca. Kiedy dziewoja przestała mlaskać, parka obok zaczęła żreć serowośmierdzące czpisy. Młodzieniec od czasu do czasu delikatnie muskał swoją ukochaną cmokając ją to tu, to tam, a drętwa Sylfida przysypiała oddając się czułościom swojego kochasia. Biedaczka nawet nie mogła sobie odkręcić butelki z napojem i omdlewającą ręką podała ją trzy razy mniejszemu od siebie i cherlawemu kochasiowi, który mocował się z nią jakieś 5 minut. Z butelką. Nie z Sylfidą. Z nią by mu dłużej zeszło.

   Żeby tego było mało, rozdarło się jadące z mamą dziecko, które rodzicielka uciszyła wpychając mu do paszczy parówkę, którą mały uroczo obśliniał. Potem, dała maluchowi mleko do popicia parówy i wtedy dopiero Jadzia zaczęła nerwowo zerkać na zegarek odliczając czas do dotarcia na miejsce, bo oto zdała sobie sprawę, że stoi obok bomby zegarowej tkwiącej w jelitach i w tyłku dzieciaka. I jak mu przyjdzie do głowy dostać sraczki, to Jadzia się zaklina wszem i wobec, że padnie trupem i się zaśmierdnie w tym ukropie wszystkim na złość! 

   Na całe szczęście niedaleko Kielc część podróżnych postanowiła wysiąść, łącznie z parówkowomleczną bombą, a Jadwiga padła na wolne siedzenie. Jedyne, co pamięta to to, że pogratulowała w myślach twórcy nazwy miasta Kostomłoty i postanowiła postulować wręczanie mu Nobla za kreatywność.

Obudziła się na stacji w Kielcach, wysiadła półprzytomna, zażądała do Anny D. zimnego martini ze sprajtem i zwrotu 24 złotych za bilet i straty moralne. Następnie o 24.00 pojechały nażreć się frytek i hamburgerów, po uprzednim zjedzeniu obiadu, nugata czekoladowego i wypiciu kawy, a potem całą drogę powrotną powstrzymując się od odkręcenia szyby w samochodzie i zbiorowego rzygania, żeby na koniec i tak napić się martini ze sprajtem ubolewając nad własną głupotą. 



P.S. Jadzia donosi, że napalonego Brazylijczyka w całym autobusie do Kielc nie było, ku jej wielkiej rozpaczy.  

Howk!



Podziel się:

Wymądrzalnia. (19) | Wymądrzyj się.

You touch my tralala... my ding ding dong...

sobota, 27 marca 2010 23:29

EDIT: A jak ktoś chce wiedzieć skąd tytuł i inspiracja dla poniższej notki... To wskazówka na samym końcu.*

Jadwiga nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Pani Rabatkowej poprzysięgła, że już nigdy w życiu nie zamierza napisać ani jednego słowa. Może jedynie skusić się na odrobinę poezji typu: „Wieje, picno, grzyb u płotu, coś dziś jestem bez polotu" lub „Zajebiście, spadły liście, wszyscy się dzisiaj ukiście". Ale tak sobie siedząc w sobotni wieczór przy akompaniamencie Los Trabantos doskonale oddających Jadzi nastrój : http://www.youtube.com/watch?v=1wFaj5A_700 Jadwiga powróciła myślami do gorącej Hiszpanii.... Jadzia już dawno wybaczyła Garcíi, że chciał ją doprowadzić do zawału, potem ugotować ją żywcem w autobusie, a na koniec wysadzić w powietrze. Powróciła myślami do pewnego słonecznego popołudnia, kiedy to wybrała się na spacer wzdłuż plaży wraz z kierowniczym towarzystwem. 

 

Grupa w składzie tłumaczka, kierownik wycieczki oraz nadzorcy będący małżeństwem wędrowała brzegiem morza rozkoszując się ciepłym piaskiem pod stopami i przygrzewającym katalońskim słońcem. Ponieważ barcelońska bryza dawała się we znaki, a towarzystwo przyjechało z Polski, gdzie w październiku czas najwyższy golić barany na podszewki do majtek, odzienie każdy przywdział letnio-jesienne. Jadwiga, znana ze swojej azjatyckiej przebiegłości i niemieckiej dbałości o szczegóły, przywdziała swoje czarno-złote bikini, dżinsy i koszulkę na ramiączkach coby chociaż trochę ramię opalić. Do torby wrzuciła krótkie gacie, gdyby zachciało jej się opalić również nogę, a dżins okazałby się nie do końca trafionym pomysłem. Swojego pomysłu nie pożałowała, bo wiało dosyć okrutnie i nic jadzinego tyłka nie przeleciało. Chociaż teraz to się Jadwiga zastanawia czy nie żałować... (o_o)


Na miejsce spoczynku została wybrana mała zatoczka osłonięta od wścibskich oczu lubujących się w plotkach Hiszpanów. Jakież było zdziwienie Jadzi, kiedy odkryła, że w zatoczce wcale nie wieje... Jadzia, która słynie z zamiłowania do zakrywania swojej brazylii** (czyt. tyłka), szybko postanowiła zmienić dżinsowe spodnie na krótkie gacie, pod gaciami mając bikini, rzecz jasna. Proszę nie wnikać, nie pytać, Jadzia swoje wie, swoją brazylię zna, ale nawet teraz się trochę cieszy, że tyłek ma wielki jak Brazylia, a nie np., w kształcie Chile. 

Grupa zasiadła na wykradzionym z hotelu kocu i każdy oddał się swoim sprawom. Jedni czytali, inni spali, a Jadzia się gapiła. Gapiła się na piasek, na morze, na skały... Spojrzała na lewo i doznała lekkiego zdziwienia. Nieopodal niej, w małym, niepozornym namiociku siedział nie mały i całkiem pozorny... nudysta. Hiszpański nudysta radośnie uśmiechnął się do Jadzi i zaczął żreć pomidory. Jak już się nażarł pomidorów, to przeszedł do mandarynek. Jadwiga postanowiła spojrzeć w prawo i jej oczom ukazała się leżąca nieopodal kobieca postać z dłuższymi blond włosami. Oczywiście pozbawiona odzienia. Jadwiga postanowiła zapytać reszty wycieczkowiczów, czy to normalne siedzieć na plaży nudystów w dżinsach. Reszta wyraziła swoje powątpiewanie i starała się nie patrzeć na boki, lecz podziwiać katalońskie wybrzeże. Ale Jadzi jednak coś nie dawało spokoju, i zez rozbieżny zbliżał się niebezpiecznie. 
 
Najbardziej Jadzię zaciekawiła kobieca postać leżąca na brzuchu. W duszy Jadzia zaczęła porównywać swoją brazylię do niebrazylii babeczki i ciągle wypadało na niekorzyść Jadzi. Oczyma wyobraźni ujrzała zagadkę w czasopiśmie: Znajdź 99 szczegółów różniących obrazki, a obok swój tyłek i tyłek Hiszpanki. W końcu Jadzię trafił szlag, a Hiszpanka postanowiła się przekręcić na plecy... Jakież było zdziwienie Jadzi, kiedy odkryła, że oto właśnie porównywała swój tyłek z ... męskim tyłkiem. Jeden ze szczegółów anatomicznych pozwolił stwierdzić, w 100%, że to faktycznie facet. Nudysta, widząc wokół kilka zagranicznych twarzy przyjął pozę Adonisa, co przyprawiło Jadzię o niezmierną wesołość, bo wyobraziła sobie, że oto właśnie szaleńca fala zalewa kocyk biednego nudysty i na nic się zdaje prężenie, bądź, co bądź, niezłego korpusu. Jadzia została upomniana, że mogłaby nie sprawiać przykrości obecnym tu polskim mężczyznom gapiąc się i pochichując, więc postanowiła chwycić aparat w dłoń i iść w diabły fotografować skały i urocze fale, bo już zaczęła sobie wyobrażać nagusa tańczącego oberka. A odziany był jeno w czerwone korale rodem z łowickiego stroju. 

Jak postanowiła, tak też zrobiła. Zaczaiła się na pewną skałkę i czekała na nadchodzącą falę. Wtedy to golas postanowił wstać i zacząć się przeciągać. Jadzia niewzruszenie czekała na falę. Falę morską (i żadne inne falowania ją nie interesowały). Ale golasa interesowała Jadzia. A raczej Jadzi aparat. Jadwiga nie miała najmniejszego zamiaru produkować aktów na plaży nudystów, ale nudysta, najwyraźniej takie zamiary miał. Zaczął przechadzać się przed jadzinym obiektywem. Kobiecina doznała lekkiego szału, bo zasłaniał skałki akurat wtedy, kiedy były najlepsze fale. Jedyne, co Jadzi przyszło do głowy to dorwanie wici z wierzby płaczącej i zdzielić Nudyście przez tyłek, ale przez myśl jej przeszło, że Nudysta może uznać Jadzię za niezłą figlarkę i całkiem dobrze się natenczas bawić.  Grupa towarzysząca Jadwidze również była w wyśmienitych humorach widząc bawiących się od kwadransa w kotka i myszkę Jadwigę i Golca. Jadwiga już zaczęła sobie wyobrażać siebie w roli wariatki duszącej Nudystę czerwonymi koralami. A na pytanie policji: Dlaczego udusiła Pani nagiego obywatela Wspólnoty autonomicznej Katalonii, chciała odrzec, że w czerwieni mu nie było do twarzy, a taki zaduszony całkiem nie kiepsko się prezentuje. No i w spokoju na dupie może usiedzieć. 

Golec, widząc, że fotografka nie jest zainteresowana jego wdziękami, postanowił dać popis pływając w morzu jak delfin, niczym nie okiełznawszy swych wdzięków, jakimi go obdarzyła Marka Natura. A Jadzia miała nadzieję, że o tej porze roku w morzu jest dużo głodnych meduz...

Ale ostatecznie fotę ma! Skałek, nie golasa. Proszę zwrócić uwagę na krzywy horyzont. Bo tak to jest jak się fotografuje szybko i w stresie! Pamiętacie jeszcze prawie wybuchnięty autobus? To właśnie zatrzymał się wtedy obok owej plaży, a Jadzia, zanim postanowiła uciekać gdzie pieprz rośnie obawiając się nauczycielskiego linczu, krzyknęła: A ja tam wczoraj byłam! I widziałam nudystów!! I tym oto sposobem zajęła grupę żądną widoku hiszpańskich golasów, co potem wyszło jej uszami, bo do końca wyjazdu słuchała, że Pani Jadzia to nudystów widziała, a oni nie! I niech Pani Jadzia to naprawi! A teraz jak tak Jadzia siedzi w ciemności... za oknem deszcz... to się zastanawia, czy by tak ochoczo dusiła nudystę ... ]:-> 
Howk!

* Jadwiga nie ponosi odpowiedzialności za to, co oglądaczowi może się stać po obejrzeniu owego teledysku. Włażąc tam, każdy robi to na własną odpowiedzialność. Jadzia nie prowadzi księgi skarg i zażaleń w tym wypadku. No to teraz proszę sobie wpisać w google: "the internet should be illegal"  i wejść w pierwszy  link. Jadzia nie radzi oglądać w pracy czy innych miejscach publicznych. :P

**specjalna pisownia małą literą ;)


Podziel się:

Wymądrzalnia. (16) | Wymądrzyj się.

I'm driving on the motorway...

czwartek, 07 stycznia 2010 13:40
Jadwiga przeżywa pewne załamanie nerwowe i dlatego nie będzie nic żarła do końca życia. Proszę się przygotować, że może w takim razie Jadzia zemrzeć, albo oszaleć i już nie napisze nic więcej. Jedyne, co się Jadwidze ciśnie na usta to przeokropne przekleństwa i feministyczne poglądy, za które Jadzia by poszła do piekła od razu, a tak, to może pójdzie później. ]:->

Ową notkę dedykuję Pani na Rabatkach, bo ona ma w domu zimno jak w dupie trupa, a poza tym, zwykle mamy rozterki „jak w dupie rozgwiazda” i się jej należy. (Ta dupa to mnie prześladuje). Jadwiga pewnego dnia się wybrała w jasną cholerę, czyli do Hiszpanii, czyli tam, gdzie w najbliższym czasie jadwiżyna noga nie postanie. Chyba, że Jadzię ktoś za wsiarz zaciągnie do samolotu i wysadzi na hiszpańskiej ziemi. Wtedy Jadzia sobie obydwie nogi odetnie szklanym pilniczkiem do paznokci, bo Jadzia ma swoje powody. Ale wracając do opowieści….

Jadzia w Hiszpanii starała się być tłumaczem. Okazało się wkrótce, że Jadzia musi też być pilotem kierowcy, który podobno mieszkał całe życie w Katalonii… Na oko miał ze 150 lat, ale twardo obstawał przy swoim, że lat ma 72. Na początku komplementował wszystkie uczestniczki owego zgromadzenia, zaprosił je do autokaru i pojechał w stronę Barcelony. Dzień wcześniej Jadzia przekazała adres, pod który García, bo taki dostał przydomek, miał zawieźć uczestników. Niestety ruszenie z miejsca zajęło małą chwilkę, bo drzwi od autobusu nie chciały się zamknąć i dziadzio musiał wytłumaczyć im nożnie, o co chodzi. Kierownika wycieczki poinformował, żeby się trzymał poręczy, w razie gdyby drzwi znowu się otworzyły (a siedział biedak na miejscu pilota). Jadzia usadowiła się na pierwszym siedzeniu i radośnie jęła oglądać katalońskie krajobrazy, kiedy nagle García zapytał dokąd jedziemy. Jadzia jakby dostała obuchem w łeb, powtórzyła adres, a García kontynuował pytanie: A mapy panienka nie ma? No, do jasnej cholery, nie ma! Ma scyzoryk, młotek, śrubokręt, treść prezentacji z Katalońskiego Ministerstwa Edukacji, z 5 błyszczyków, butelkę wódki, ale mapy nie. A zwłaszcza mapy samochodowej Barcelony. Kierownik wycieczki z niepokojem spojrzał na jadwiżyne oblicze, na którym malował się mały przestrach. Jadzia uspokoiła KW, mówiąc, że przeca mamy mapę w książeczce o hotelach i może się nada? Nie nadała się… mimo, że Jadzia i KW starali się zlokalizować miejsce pobytu i Ministerstwo Edukacji. García błądził po barcelońskich uliczkach, a Jadzię trafiał szlag, bo zawsze wjeżdżał nie w tę co trzeba. Nagle García wpadł na pomysł, że będzie cofał na środku ulicy, co wywołało potok klaksonów, Garcíi mózg pobudził się do działania, więc uroczy kierowca wylazł z autobusu. KW dostał ataku śmiechu, 30 nauczycieli ataku szału, a Jadzia nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić i modliła się o katapultę. García wreszcie dowiedział się gdzie ma jechać i wjechał … dwupiętrowym autokarem w uliczkę, gdzie ciężko jest skręcić jadąc na rowerze. García jednak podjął trud skręcenia w uliczkę obok i zaklinował się na zakręcie. Ze sklepu wyleciał sprzedawca pączków, baba od gazet i kelner wrzeszcząc i dając Garcii wskazówki. García sapał, pocił się, a Jadzia już wtedy ukryła się za siedzeniem i dostała histerycznego śmiechu, co było bardzo nieprofesjonalne. Nagle uśmiech spełzł z jadzinowego „pysia”, bo García w coś walnął. Nastała cisza. Nagle García wrzasnął: „Rozwaliłem motor???”, „Nie, kontener!” – odwrzasnął sprzedawca. „A to trudno!” – odpowiedział García i udało mu się w końcu wykręcić, za co dostał oklaski od wesołego autobusu. Jadzia wzięła sprawy w swoje ręce i jak udało jej się zlokalizować miejsce pobytu autokaru to kategorycznym głosem wskazywała Garcii gdzie ma jechać. (o_o)

Po konferencji García zjawił się punktualnie pod Ministerstwem, ale miał niewyraźną minę. Coś mówił sobie pod nosem, czego Jadzia nie zrozumiała, bo ględził po katalońsku. Nagle w autobusie zrobiło się gorąco, a wskaźnik temperatury zaczął pokazywać dzikie wartości. Jadzia oczami swej wyobraźni ujrzała ścinające się jej białko i pomarszczoną skórę, więc zareagowała natychmiast. García zaczął kląć, że coś go parzy w stopy. W autobusie było coraz bardziej gorąco, Jadzia już zaczęła kląć pod nosem, García klął na całego, a KW znowu dostał ataku śmiechu. Jedynym rozwiązaniem było wysadzenie wycieczki w parku Guell, a García miał naprawić autobus. Jak obiecał tak też zrobił. Droga powrotna do hotelu wydawała się upływać w spokoju, więc Jadzia postanowiła przymknąć na chwilę oczy. Nagle Jadzi zaczęło się robić ciepło… Jednakże bardzo nie chciała otwierać oczu w obawie przed tym, co może ujrzeć… Po chwili usłyszała szeptanie do KW: „Szefie! Znowu!” (był to García) „Ale ciiiii!” Na co Jadzia chyżo otworzyła oczy i złowieszczo wyszeptała przez zaciśnięte zęby: „CO ZNO-WU NA BO-GA!” (o_o) Ano nic, pali się coś i czas zatrzymać autokar. García wyszedł ze swogo pojazdu, po czym przywołał Jadzię. Jadzia swymi seledynowymi oczami ujrzała kłęby dymu wydobywające się z zadniej części autokaru, oraz lejącą się strumieniami zieloną wodę. Za Jadzią podążył KW, nadal histerycznie chichocząc. „Uciekajmy!” – zadecydowała Jadzia. „Weź tych ludzi, bo jak to wybuchnie, to ja go zamorduję!”

Szczęście w nieszczęściu, że droga do hotelu zajęła pieszo 15 minut brzegiem plaży, a Jadzia i KW wystrzelili jak z procy coby nie zemrzeć przez utopienie przez uczestników owej zabawy. Następnego dnia Jadzia z niepokojem wyczekiwała autobusu i kierowcy, którym znowu okazał się García. Na dzień dobry powiedział: „A Ty wiesz, señorito, że to ten Ruski [inny kierowca pochodzenia rosyjskiego przyp. Jadzi] zepsuł autobus!!!!??? Nalał nie tego płynu, co trzeba, chciał zrobić sabotaż!!!”  „Jezu Najsłodszy i wszyscy Jezusowie świata, łącznie z Jezusem Luzem kochankiem Madonny trzymajcie mnie, bo go wystrzelam po pysku.” – pomyślała Jadzia. Po czym wsiadła do autokaru i poznała wszystkie ploty na temat szefowej Garcíi… Oraz była świadkiem jak popsuło się w autobusie okno i deszcz padał prosto na Jadzię, a García jedną ręką prowadził autobus, drugą próbował ciągnąć okno do góry od czasu do czasu przecierając przednią szybę, bo mu ciągle parowały i nic nie widział. Czy mam mówić co w tym czasie robił KW? :8


Howk!

P.S. Pozdrawiam Wypaśnika, bo coś mam przeczucie, że po powrocie z jego irlandzkich progów Jadzia będzie miała co pisać. :D


Podziel się:

Wymądrzalnia. (32) | Wymądrzyj się.

Ho ho hoooo!

sobota, 26 grudnia 2009 1:27
Wesołych Świąt życzy Jadzia, która poważnie zaczęła się zastanawiać nad wybudowaniem chałupy na meksykańskim wybrzeżu. Zamiast choinki Jadzia ubierałaby palmę, zamiast karpia jadłaby tortillę, a wszystko zakrapiała tequilą i margaritą. A zamiast majtek na podszewce z owczej wełny, które Jadzia chyba wymyśli jak jej zacznie być coraz zimniej w tyłek, Jadzia nosiłaby kuse bikini w modny w tym sezonie tygrysi/lamparci/zebrowaty motyw.
No ale gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem, a gdyby Jadzia mieszkała w Meksyku, to by się nazywała Dolores Asunción (i nie wykluczone, że miałaby wąsy  ).


HOWK!



Podziel się:

Wymądrzalnia. (7) | Wymądrzyj się.

 12345678  »

sobota, 31 lipca 2010

Licznik odwiedzin:  40 674

Upływający czas to ZŁO!!

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

TEORIA LITERATURY MÓWI, ŻEBY NIE UTOŻSAMIAĆ AUTORA Z NARRATOREM :D

Nie lubię:
- natki i koperku,
- wydawania odgłosów paszczowo,
- krytykanctwa, które nie ma nic wspólnego z krytyką

Boję się: portalu www.nasza-klasa.pl i czegoś jeszcze, ale boję się powiedzieć czego, bo zostanie to wykorzystane przeciwko mnie.

Obrzydza mnie: Zbyt duża ilość żyrandoli zgromadzonych w jednym miejscu.

Moim marzeniem jest: Mieszkać w Meksyku i nauczyć się całego słownika hiszpańskiego na pamięć.

Moje serce należy do: języka hiszpańskiego, krajów hiszpańskojęzycznych ich kultury, sztuki i literatury (a zwłaszcza Meksyku). (I potencjalnego potentata naftowego, tudzież właściciela kopalni szmaragdów w Kolumbii) :D

"Gościu, siądź pod moim liściem, a odpoczni sobie..." :D

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 23.05.2010 10:41:19
  • autor: werkastefan
  • treść: Puk puk :))) wpisuję...

Cyfry! Wszędzie cyfry!!

Z wizytacją wpadło osób: 40674
Obnażam się emocjonalnie od: 1309 dni